Mercato, czyli pchamy, pchamy!

Z każdym kolejnym dniem machina transferowa nabiera rozpędu i niczym kolarz przygotowujący się do ucieczki z każdym kolejnym obrotem korby napina swoje mięśnie, aby przygotować się do uderzenia. Pierwsze transfery zostały już wykonane przez europejskich gigantów, natomiast Barça, trzymając się kolarskiego języka, nie wychyla nosa z peletonu. Czeka na sygnał, aby uciec, a w tym czasie każdy kibic Dumy Katalonii czeka na oficjalną informację, w duchu krzycząc „pchamy, pchamy!” niczym Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński kiedy Rafał Majka szusował po tytuł najlepszego górala w Tour de France.

 

Niniejsza praca ma przybliżyć postaci, które staną się w najbliższym czasie głównymi celami transferowymi zespołu Dumy Katalonii, które wykrystalizowały się w ostatnich tygodniach.

Największym problemem Barçy jest nie tylko samo przeprowadzenie transferu, ale roszady na stanowisku dyrektora sportowego. Do dziś nie ma informacji, kto będzie odpowiedzialny za przeprowadzanie wzmocnień. Robert Fernandez oraz Pep Segura są na wylocie biorąc pod uwagę wygasające kontrakty, do dziś nie został ogłoszony następca, choć mówi się że prezydent klubu, Josep Maria Bartomeu, zaproponował pracę Jordiemu Cruyffowi, obecnemu trenerowi Maccabi Tel-Aviv. Z perspektywy ogromnej instytucji jaką jest FC Barcelona nie do pomyślenia jest, że w obliczu potrzeby wzmocnień jakie wymusza koszmarna postawa Barçy w rewanżowym spotkaniu z Romą i kolejne zwycięstwo Realu Madryt w Champions League, nie wiadomo kto będzie odpowiadał za okienko transferowe, które już trwa.

Mimo to, że nie ma póki co wiedzy o tym, kto transfery będzie robił, lista nazwisk oraz pozycji jest już znana nie tylko Zarządowi, ale także dziennikarzom i kibicom. Do klubu ma trafić środkowy obrońca, pomocnik, a także napastnik.

Kiedy mówimy o transferze środkowego obrońcy głównym kandydatem jest Clément Lenglet z Sevilli. 22-letni Francuz rozegrał 4693 minuty w 54 spotkaniach, a należy wspomnieć, że jest to jego pierwszy sezon w barwach hiszpańskiego zespołu. Piłkarz lewonożny, lubiący grać krótkimi podaniami, o wysokich umiejętnościach obronnych to z pewnością profil, który w Barcelonie jest pożądany od zawsze. Sprowadzenie obiecującego stopera nie będzie drogie, ponieważ stosunkowo niska klauzula na poziomie 35 mln euro zachęca do szybkiego sfinalizowania transakcji. Wg rozgłośni Cadena Cope, Clément Lenglet będzie pierwszym transferem w tym okienku. Z początku mówiło się o tym, że ma być to zabezpieczenie na wypadek odejścia Umtitiego, jednakże zespół Dumy Katalonii narzekał na brak dobrego trzeciego stopera po odejściu Javiera Mascherano i wydaje się, że francuz jest rozwiązaniem problemu. Co jest największym problemem tego transferu, to z pewnością fakt, że Lenglet chciałby otrzymać jak najwięcej minut, a mało prawdopodobne jest, aby w Barcelonie rozegrał tyle minut, co w Sevilli. Z pewnością Francuz da Misterowi spokój wewnętrzny w obliczu kontuzji któregoś z dwójki Piqué-Umtiti.

Alternatywą dla transferu Lengleta ma być wonderkid holenderskiej piłki, Matthijs de Ligt. 18-latek jest marzeniem niejednego miłośnika transferów młodych, zdolnych piłkarzy, którzy w przyszłości mogą stać się postaciami wybitnymi na swojej pozycji. De Ligt ma wszystko, aby stać się zawodnikiem z piłkarskiego topu. Świetny technicznie, umiejący grać z piłką przy nodze, o świetnych warunkach fizycznych. Do tego w grze widać ogromną dojrzałość, co w tym wieku i na tej pozycji jest bardzo szanowane. Już w maju Mudno Deportivo ujawniało, że Matthijs chciałby odejść już w letnim okienku transferowym, jednakże Barça widzi go nie wcześniej w swoich barwach jak w lato roku 2019. Poza biernością Dumy Katalonii, dochodzi do tego również fakt, że o młodego stopera bije się pół Europy, w tym Manchester City, który widzi w Holendrze następcę Vincenta Kompany’ego. Transfer oscyluje w granicach 60 mln euro, a konkurentami o podpis młodego gracza będą takie marki jak Tottenham, Bayern Monachium czy Manchester United.

Dziwi fakt, że w obliczu kar nałożonych na Paris-Saint Germain z tytułu finansowego fair play, nie ma głosów aby Barça poszła na rękę prezesowi Nasserowi Al-Khelaifiemu i postarała się wykupić z zespołu chociażby Marquinhosa który mógłby być świetną alternatywą na środek obrony, czy chociażby Rabiota (nie wspominając o Verrattim). Być może, Duma Katalonii obawia się konsekwencji w postaci wykorzystania klauzuli przez klub z Paryża. Wszak przypomnę, że klauzula Paulinho wynosi jedyne 120 milionów euro.

Kiedy przychodzi nam wyróżnić nazwiska, które mają tworzyć formację po odejściu Andresa Iniesty, na czele wyścigu pojawia się Arthur Melo, który wg wielu uznany jest już za zamkniętą kwestię. Brazylijczyk idealnie pasuje do systemu Valverde i spisałby się wzorowo jako partner Busquetsa w 4-2-3-1, a także na pozycji ‚6’ w 4-3-3. Biorąc pod uwagę, iż cały transfer jest już na ostatniej prostej, jedyną niewiadomą jest kiedy trafi do stolicy Katalonii. Grêmio Porto Alegre w połowie marca wystosowało oświadczenie, że utalentowany pomocnik pozostanie z drużyną do końca sezonu, czyli do stycznia 2019 roku. Mundo Deportivo pod koniec maja ujawniło, że Arthur będzie mógł zostać zawodnikiem Barcelony już w lato, jeśli zapłaci dodatkowe 10 milionów euro. Cała sprawa jest rozwojowa, natomiast można z pełnym przekonaniem powiedzieć, Barça znalazła w końcu następcę Xaviego.

Istnieje również superokazja na powrót syna marnotrawnego, czyli Thiago Alcântary. Prezydent klubu z Bawarii, Uli Hoeneß, ogłosił, aby Bayern znów zaczął odnosić większe sukcest, w zespole ma grać większa ilość Niemców. Kolokwialnie rzecz ujmując, na wylocie znaleźli się tacy piłkarze jak Arturo Vidal, Javi Martinez czy właśnie starszy z braci Alcântarów, który między wierszami uświadamia, że nie czuje się w Niemczech najlepiej. Jakby tego było mało, jego żona wraz z dzieckiem wciąż mieszka w Barcelonie. Robert Fernandez już w zeszłym roku kontaktował się z Thiago, jednakże wtedy temat transfer upadł bardzo szybko. Wydaje się, że po odrzuceniu w zeszłym roku nie może podnieść się Pep Segura, który przedwczoraj powiedział, że kto odejdzie z Barcelony, nie ma szans na powrót, chyba że za darmo. Takie infantylne podejście może doprowadzić do straty cennego zawodnika o idealnym profilu pasującym do Barçy, a media spekulują, że cały transfer oscylowałby w granicach 60 milionów euro. Na całą sytuację spoglądają włodarze Manchesteru City i Pep Guardiola, czyli osoba, która przekonała Thiago do transferu do Niemiec.

Pozostałymi celami transferowymi w linii pomocy jest Frenkie de Jong z Ajaxu, Fabián Ruiz z Betisu i Christian Eriksen z Tottenhamu. Jednakże dość powiedzieć, że te informacje nie są podparte żadnym rzetelnym źródłem, oraz są używane wyłącznie do nakręcania medialnej burzy na temat transferów Dumy Katalonii.

Problem z de Jongiem jest taki sam, jak ze wspomnianą perłą Ajaxu na środku obrony, de Ligtem. Piłkarz młody, o ogromnych umiejętnościach, natomiast nieoszlifowany w ogromnej piłce, a biorąc pod uwagę, iż Blaugrana rokrocznie gra na trzech frontach o wszystko, nie będzie możliwym, aby mógł  w spokoju rozwijać swoje umiejętności. Fabián Ruiz jest to piłkarz o charakterystyce „zbliżonej” do Rakiticia, i jak z pewnością jest mokrym snem Pepa Segury, który marzy o Barcelonie pełnej silnych pomocników (tak, to właśnie ten Pan doprowadził do transferu Paulinho), to transfer w obecnym momencie nie wydaje się realny, sama Barça weźmie piłkarza pod uwagę wyłącznie wtedy, kiedy transfer Arthura nie doszedłby do skutku, o czym informowało tydzień temu Mundo Deportivo. Ostatnim na liście jest Christian Eriksen, który we wczorajszej ankiecie katalońskiego Sportu chcą wraz z Antoine’m Griezmannem najmocniej. Problemem są nie tylko pieniądze, ponieważ Duńczyk kosztowałby blisko 150 milionów euro, ale także negocjacje z Danielem Levy’m, nieustępliwym prezesem Kogutów. Sama informacja o ewentualnym zainteresowaniu pochodzi po dosyć śmiesznym newsie, jakoby Eriksen miałby stać się alternatywą dla transferu Griezmanna.

Przechodzimy do ostatniego kandydata na przyszłego zawodnika Barçy, czyli Antoine’a Griezmanna. Jak już podawaliśmy wcześniej, Francuz przedstawi jakie są plany dotyczące jego przyszłości nie później niż przed Mistrzostwami Świata. Klauzula ‚7’ Atletico spada od 1 lipca z 200 do 100 milionów euro. Sam piłkarz porozumiał się z Blaugraną w sprawie indywidualnego kontraktu, który czeka wyłącznie na podpis utalentowanego napastnika. Griezmann miałby pełnić rolę w układance Ernesto Valverde „second-striker’a”, ponieważ idealnie czuje za plecami wykańczającego napastnika, co z pewnością będzie wartością dodaną do przyszłych goli Suáreza czy Messiego, a także w prosty sposób wkomponować go do taktyki 4-3-3, 4-2-3-1 czy 4-4-2. Wydaje się, że Barcelona nie ma alternatyw wobec Francuza, i gdyby ten nie zdecydował się na transfer, klub większą uwagę skupi na transferach do drugiej linii.

 

Przed Barçą ciężki kawałek chleba, bo jeśli problemem dla Bartomeu i spółki jest to, żeby wpłacić za piłkarzy klauzulę, to co dopiero mówić o długich negocjacjach z włodarzami Tottenhamu czy Ajaxu, którzy za wszelką cenę będą chcieli zarobić na swoich utalentowanych gwiazdach. Do tego każdy ruch transferowy będzie wiązał się z pytaniem, czy warto było kupować zawodników kosztem rozwoju młodych, zdolnych piłkarzy z La Masii? Dość powiedzieć, że Barcelona od sezonu 2010/11 wydała blisko 800 milionów euro na transfery, z czego duża ich część nie zapewniła wielkich osiągnięć, choć dywagacje na temat tego, czy Barcelona zdołałaby wygrać ligę hiszpańską budując zespół w większości na wychowankach, zostawię na przyszłe artykuły.